Prawo do powietrza Jak śnieżna kula rośnie problem właściwej wymiany powietrza w budynkach. Na łamach "Magazynu Instalatora" zagadnienia te goszczą coraz częściej. Wkrótce można oczekiwać prawdziwej lawiny pytań, dyskusji i wątpliwości, jakie powstają wraz ze wzrostem ilości nowych budynków mieszkalnych, nowych biurowców, sklepów, szkół, kościołów - nowych, lecz nie zawsze prawidłowo zaprojektowanych, zrealizowanych i eksploatowanych.

Tymczasem wszędzie, gdzie przebywają wewnątrz ludzie, przyzwoita wentylacja pomieszczeń jest bezwzględnie konieczna. Z prawdziwą obawą o stan wielu budynków i zdrowie jego użytkowników trzeba stwierdzić, że nieprawidłowości występują nader często. Przyczyną są błędy we wszystkich trzech fazach "życia" budynku: w fazie projektu, w fazie budowy i w fazie eksploatacji.
Projekt
Niestety, nierzadko projektant po prostu wentylacji... nie projektuje wcale. Oszczędny (aby nie rzec: skąpy, ale i nierozsądny) inwestor, oceniając założenia projektowe, dąży do minimalizowania kosztów i takie "fanaberie", jak wentylacja mechaniczna, odrzuca z założenia. Wówczas projektant, opierając się na mało wymagającej i kiepskiej normie, ogranicza się do "zaprojektowania" wentylacji jedynie grawitacyjnej i tylko tam, gdzie wymagają tego przepisy, czyli wyprowadza pionowe kanały z pomieszczeń wymagających wentylacji bezpośredniej. W mieszkaniach są to tylko kuchnie, ustępy i łazienki. (Tu przypomnienie: wentylacja grawitacyjna jest dopuszczalna tylko w budynkach niskich i średniowysokich, tj. o wysokości do 25 m, w wyższych wymagana jest wentylacja mechaniczna). Bywa przy tym i tak, że projektant nie oblicza przepływów powietrza, nie dobiera wymaganych przekrojów kanałów wywiewnych, a nader często nie zapewnia napływu powietrza, błędnie uznając za wystarczające wymagania norm dotyczące rozszczelnienia stolarki okiennej. Brak zawodowej rzetelności można też zarzucić rzeczoznawcom opiniującym projekty, których sumienie, po pobieżnym przeglądzie, zostaje uspokojone potwierdzeniem, że wentylacja została zaprojektowana. Owszem, została, ale jaka? Czy dostatecznie wydajna i sprawna, czy prawidłowo obliczona i dobrana?
Budowa i eksploatacja
Kryzys pogłębia się w procesie budowy, gdy inwestor beztrosko nadal "obcina" koszty, np. rezygnując z montażu nawiewników w oknach, uznając je za zbędne albo dlatego, że trzeba poczekać na wykonanie takiego "nietypowego" zamówienia, czy też stosując inne, niż w projekcie, wyposażenie wentylacji, jak np. osłony wlotów wentylacji umożliwiające użytkownikom ich całkowite zamknięcie.
Kolejną bolączką jest niewłaściwe wykorzystanie wentylacji przez użytkowników budynku. Dążenie do zmniejszania kosztów eksploatacji doprowadza do tego, że użytkownicy (zwłaszcza mieszkań) uszczelniają się tak szczelnie i przy tym tak głupio, że eliminują wszelkie przepływy powietrza w lokalu. Trudno więc dziwić się złemu samopoczuciu ludzi przebywających w nieprzewietrzanych i nadmiernie wilgotnych wnętrzach. Nie wystarczy tu jednak stwierdzić, że sami są sobie winni, bo to po pierwsze, nie zawsze musi być prawdą (patrz: błędy projektu i wykonawstwa), a po drugie, konieczna jest "instrukcja obsługi" lokalu i... kontrola prawidłowości eksploatacji.
Że wentylacja grawitacyjna jest marna, kapryśna i czasami w ogóle nie działa, to wiadomo. Wentylacja mechaniczna jest tutaj jedyną alternatywą. W powszechnym odczuciu rozwiązania te są jednak obciążone bagażem złych doświadczeń. W wielu obiektach użyteczności publicznej z lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych (kuchnie, stołówki, audytoria, sale gimnastyczne, niektóre sklepy itp.) straszą wciąż potwory w postaci podwieszonych pod stropami, olbrzymich, dudniących kanałów z ocynkowanej blachy, obrośniętych kurzem wlotów powietrza i wentylatorów o natężeniu hałasu jak od startującego odrzutowca. Nierównomierny rozkład prądów powietrza, znaczna głośność, energochłonność i wysoka awaryjność urządzeń mechanicznych zniechęcała do ich używania. Bywało więc i tak, że z wentylacji mechanicznej na co dzień nie korzystano w ogóle, stanowiła zaś wystarczającą atrapę niezbędną np. podczas kontroli sanitarnej.
Na tle utyskiwań warto więc może przedstawić rozwiązanie coraz częściej stosowane w mieszkalnych blokach wielorodzinnych, działające z powodzeniem, choć także niepozbawione mankamentów. Jest nim wentylacja mechaniczna, wyłącznie wyciągowa, zaprojektowana i zrealizowana w kilku budynkach o wysokości czterech kondygnacji, a więc takich, które wystarczyłoby obsłużyć wentylacją grawitacyjną. Inwestor, którym jest Gdańskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego sp. z o.o., zdecydował się jednak na rozwiązanie nieco bardziej kosztowne, ale jakże skuteczne w działaniu!
W mieszkaniach wyciągi obsługują kuchnie i pomieszczenia higienicznosanitarne, a więc te tylko, które wymagają bezpośredniego podłączenia do kanałów wentylacyjnych. Jedne złady obsługują kuchnie, a inne łazienki i toalety, zgodnie z wymaganiami przepisów budowlanych, które nie pozwalają na wentylowanie tym samym układem pomieszczeń o zróżnicowanych wymaganiach sanitarno-zdrowotnych. Ponadto inne jeszcze złady obsługują po 3-4 garaże indywidualne, wbudowane w przyziemiach (piwnicach) budynków. Wszystkie te układy wentylacyjne pracują bez przerwy, 24 godziny na dobę.
Wentylację suszarni, usytuowanych również w piwnicach, wspomagają odrębne wentylatory wywiewne, załączane przez użytkowników jedynie na czas wykorzystywania tych pomieszczeń.
Wentylację wywiewną tej części piwnic, w której znajdują się komórki lokatorskie, rozwiązano jako grawitacyjną, czyli - niestety - zdecydowanie mało skuteczną ze względu na brak różnicy temperatur między nieogrzewanym podziemiem budynku a powietrzem zewnętrznym. Cóż, dobrze, że dziś już mało kto przechowuje w piwnicy beczki z kiszoną kapustą, której zapaszek byłby wszechobecny...
Wyloty wentylacji wyprowadzone zostały ponad skośne dachy budynków, tam też umieszczono całe baterie wentylatorów dachowych. Poddasza trzypiętrowych budynków pozostały nieużytkowe, co jest wynikiem z jednej strony zapisów w planie zagospodarowania przestrzennego oraz przepisów budowlanych (obowiązek skośnych dachów, dopuszczalna wysokość zabudowy do czterech kondygnacji, wymóg instalowania dźwigów osobowych powyżej trzeciego piętra), ale z drugiej strony szczególnych wymogów co do powierzchni użytkowej mieszkań, obowiązujących dla mieszkań finansowanych ze środków Krajowego Funduszu Mieszkaniowego.
Sterowanie tym w końcu dość skomplikowanym zestawem urządzeń odbywa się... ręcznie i trochę "na oko". Sprowadza się to do zmiany wydajności (prędkości) wentylatorów w zależności od temperatury zewnętrznej: większej w lecie, mniejszej w zimie.
Można się zastanawiać, czy przyjęto rozwiązania optymalne, czy też można by w nich coś jeszcze ulepszać. Lepiej może być zawsze. Tu ważny jest zdrowy rozsądek, co przekłada się na koszt instalacji, jej sprawność i warunki eksploatacji. Po pierwsze, wielka chwała inwestorowi, który zdecydował się na rozwiązanie pozornie zbędne i kosztowne, bo przecież mógłby polegać na "wypróbowanej" wentylacji grawitacyjnej i też "byłoby dobrze", tak jak zawsze i wszędzie, czyli... raczej kiepsko.
Z pewnością prawidłowo i możliwie oszczędnie wykonano wentylację pomieszczeń higieniczno-sanitarnych, które obsługuje w każdym pionie odrębny wentylator, a instalację stanowi jeden pion z wlotami z każdej kondygnacji. Każda kuchnia natomiast posiada pion osobny, a wiązkę pionów przed wspólnym wentylatorem zebrano w kolektorze. Jest całkiem rozsądne, że kuchnie posiadają piony indywidualne, wymagają bowiem większej wymiany powietrza i posiadają okna, których szerokie otwarcie, w przypadku wspólnego pionu kuchennego, mogłoby zakłócać delikatne podciśnienie w kuchniach na innych kondygnacjach. Oczywiście, ani w kuchniach, ani w łazienkach nie występują urządzenia gazowe! Wloty powietrza zaopatrzono w urządzenia o regulowanym przepływie powietrza, co nie jest dobrym pomysłem, bo część nieświadomych skutków mieszkańców zamyka je "na amen" dla oszczędności ciepła w sezonie grzewczym, powodując tym samym gwałtowny wzrost wilgoci w mieszkaniach. Taką szkodliwą ewentualność należałoby zdecydowanie wykluczyć, a mieszkańców przestrzec przed zaślepianiem wlotów, być może nawet nakładając kary za niszczenie substancji budynku. Rozwiązanie drakońskie, choć przecież stosowane np. za bazgranie po ścianach w klatkach schodowych, dla budynku znacznie mniej szkodliwe i łatwiejsze do naprawy.
Na pewno mniej kosztownie i bezpieczniej dla obsługi można rozwiązać konserwację i dozór nad wentylatorami dachowymi. Drogie, niebezpieczne dla ludzi dojścia po dachu do dziesiątków wentylatorów na każdym budynku, można byłoby wyeliminować w całości, umieszczając wentylatory kanałowe na nieużytkowych poddaszach. Obsługa miałaby łatwy dostęp i podczas pracy dach nad głową, a w dodatku sporo miejsca na swoje własne "rupiecie", części zamienne itp. Jedynym problemem byłaby właściwa izolacja położonych niżej mieszkań od hałasu silników, którą i tak w znacznym stopniu zapewnia potężna izolacja termiczna stropu nad ostatnią kondygnacją mieszkalną.
Wątpliwości co do skuteczności i optimum doboru budzi proste, ręczne sterowanie wentylacją. Przy tak potężnej inwestycji warto dodać jeszcze parę złotych i zainstalować automatykę, uzależniającą prędkości przepływu choćby tylko od temperatury i wilgotności zewnętrznej. Można byłoby także pomyśleć o zegarze tygodniowym, pomiarach wilgotności i temperatury wewnątrz pomieszczeń itp., lecz koszty sterowania w oparciu o tak wiele danych byłyby znaczne, a i sama instalacja wentylacyjna wymagałaby wówczas innej, bardziej zindywidualizowanej konfiguracji.
Problem wyboru jest tak stary, jak... systemy mechanicznego wspomagania wentylacji. Mechaniczna czy grawitacyjna? Grawitacyjna czy mechaniczna? Z jednej strony niedotlenienie i nieświeże, a czasem wręcz zepsute powietrze, z drugiej - przyzwoity poziom komfortu, lecz i wyższe koszty nie tylko inwestycyjne, ale także eksploatacyjne. Świat pędzi naprzód. Alternatywy chyba już nie ma, a do świeżego powietrza prawo mamy wszyscy.
Adam Specht