W przyszłym roku będzie można sprzedawać lub wynajmować domy i mieszkania bez specjalnego świadectwa energetycznego.

Co prawda już za niespełna trzy i pół miesiąca uzyskanie tego typu dokumentu, który ma informować, z jakim zużyciem energii trzeba się liczyć, stanie się obowiązkiem. Jednak w praktyce będą mogli go zignorować właściciele istniejących nieruchomości. W obowiązującej ustawie nie ma słowa o sankcjach z tego tytułu. A co ważniejsze, nie ma ich już także w poprawkach, które zaproponuje Ministerstwo Infrastruktury w projekcie nowelizacji. Dwa tygodnie temu informowaliśmy, że resort chce karać grzywną tych, którzy np. wynajęliby mieszkanie lub dom bez świadectwa energetycznego. Bez niego nie mogłaby też dojść do skutku żadna transakcja kupna-sprzedaży.

Problem w tym, że transakcji nieruchomościowych jest kilkaset tysięcy rocznie. Zdaniem analityków w przyszłym roku rynkowi nieruchomości groziłby paraliż, bo tak dużej liczby świadectw energetycznych nie uda się sporządzić w krótkim czasie.

Z projektu zniknęła też poprawka, która groziła tym, że warunki cenowe na rynku świadectw dyktowałaby kolejna korporacja zawodowa. Ponieważ kwestię cen ustawa pozostawia rynkowi, więc chodzi o to, aby był on konkurencyjny. Zgodnie z projektem zarobić będzie mógł każdy magister, bez względu na rodzaj ukończonej uczelni. Warunek - przejdzie szkolenie i zda egzamin państwowy albo ukończy co najmniej roczne studia podyplomowe na kierunkach - architektura, budownictwo, inżynieria środowiska, energetyka lub pokrewne w zakresie audytu energetycznego.

Źródło: Gazeta Wyborcza