Wzrost biurokracji i wydatki sięgające w sumie 70 mld zł obciążą polskie firmy, jeżeli Unia Europejska przyjmie nową wersję dyrektywy o zanieczyszczeniach.

Ceny za prąd i ciepło pójdą w górę, a w mroźne zimy będziemy musieli się liczyć z niedogrzaniem mieszkań. Stanie się tak, jeżeli zostanie znowelizowana dyrektywa IPPC dotycząca środowiskowych pozwoleń zintegrowanych. Projekt nowelizacji jest szczególnie niekorzystny dla krajów, w których używa się dużo węgla.

Jeśli przepisy wejdą w życie w obecnej wersji, to o niezbędne do rozpoczęcia produkcji pozwolenia zintegrowane będzie się musiało ubiegać znacznie więcej firm. Przepisy objęłyby bowiem urządzenia grzewcze o mocy przekraczającej 20 megawatów, a nie 50, jak do tej pory. Ponadto podstawą ma być nie moc pojedynczego kotła, ale urządzeń podłączonych do komina bądź nawet znajdujących się na terenie całego zakładu. To może dodatkowo zwiększyć liczbę firm objętych IPPC. O pozwolenia musiałoby też występować więcej zakładów chemicznych.

Nie tylko to sprawi kłopot firmom. W myśl przepisów znacznie większa będzie rola tzw. najlepszych dostępnych technik (określanych w dyrektywie jako BAT). Chodzi o ograniczenie dopuszczalnych poziomów emisji. To oznacza znaczne zaostrzenie standardów emisyjnych dwutlenku siarki, tlenków azotu i pyłów. Wymaga też prowadzenia co najmniej raz w roku pomiarów emisji rtęci w źródłach opalanych węglem.

Dostosowanie kotłów do wymagań prawnych, które miałyby obowiązywać od 2016 r., wymaga zbudowania w ciągu siedmiu lat instalacji odsiarczania, odazotowania i wysokowydajnego odpylania dla ponad 1000 kotłów w ponad 250 zakładach - uściśla prof. Janusz Lewandowski z Politechniki Warszawskiej, autor oceny wpływu wdrożenia nowej dyrektywy. Wdrożenie zmian w krótkim czasie może się okazać zbyt kosztowne, a także niewykonalne, zabraknie bowiem firm mogących podołać takiemu zadaniu tak szybko.

Koszty innowacji dla producentów ciepła i energii przewyższyć mogą do 2016 r. 70 mld zł. Zaznaczmy, że nie dotyczy to zakupu uprawnień do emisji dwutlenku węgla wymaganych przez inne unijne przepisy. Problemy nie ominą też firm chemicznych.

Niektóre propozycje dotyczące emisji są nie do przyjęcia - twierdzi Wojciech Lubiewa-Wieleżyński, prezes Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. Wiele nie tylko polskich, ale i europejskich instalacji produkujących kwas azotowy metodą niskociśnieniową trzeba będzie zamknąć.

Zwykli obywatele mogą wprawdzie po wejściu przepisów liczyć na czystsze powietrze i dłuższe życie (z unijnych opracowań wynika, że ostrzejsze reżimy uchronią rocznie 13 tys. osób w UE przed śmiercią), jednak muszą się liczyć z wyższymi opłatami za ciepło i prąd. Dla odbiorców prądu może to oznaczać ponad trzykrotną podwyżkę cen do 2016 r., bo wytwórcy energii muszą mieć skąd brać pieniądze na inwestycje i być wiarygodni dla kredytodawców. Klienci elektrowni i ciepłowni muszą się też liczyć z deficytem mocy, zwłaszcza w mroźne zimy, bo nie będzie się opłacało modernizować elektrowni i ciepłowni działających tylko w tzw. szczytach.

Zdaniem ekspertów pozytywne efekty przy znacznie mniejszych nakładach przyniosłoby przesunięcie terminu wdrożenia dyrektywy do 2020 bądź 2025 r. Do tego jest potrzebna ścisła współpraca rządu, europarlamentarzystów oraz przemysłu.

Źródło: Rzeczpospolita